CHORZÓW

BEZPŁATNA JEDNODNIÓWKA

11 LISTOPADA 2020

BIEG NIEPODLEGŁOŚCI
Wstęp

"Jesteśmy wielkim krajem. Krajem, który ma przeszłość chwalebną i olbrzymie zasługi.

Krajem który-jestem tego pewna-czeka świetlana przyszłość.

Jesteśmy krajem, który się kocha, który musi się kochać- byle się go tylko poznało."

Św. Urszula Ledóchowska

Witam Bardzo Serdecznie na Chorzowskim Biegu Niepodległości. Witam w roku 2020. Roku Jana Pawła II i Roku Tragedii Górnośląskiej. Roku rocznicy Wiktorii Warszawskiej oraz beatyfikacji Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Roku wielu spotkań z historią, tą wielką narodową oraz regionalną. W tych nietypowych warunkach związanych z zagrożeniem naszego zdrowia. Pragniemy zaprosić was do uczczenia pamięci Narodowego Święta Niepodległości.
Krystian Kazimierczuk
Ukryty geniusz Adama, czyli werble zwiastujące neuronaukową rewolucję
Dokładnie rok temu, w listopadzie 2019 roku, z Czytelnikami chorzowskiego „Biegu Niepodległości”, miałem okazję podzielić się refleksjami na temat bestselerowych książek Youvala Noaha Harariego. Z głosów, które napłynęły do Redakcji wiem, że tekst spotkał się z zainteresowaniem, co nie znaczy, że akceptacją wszystkich poglądów izraelskiego historyka, a tym bardziej ich ocen wyrażonych przez autora artykułu. Ale nie taka była też intencja, bo kiedy wszyscy zaczynają myśleć tak samo, to de facto przestajemy myśleć, bo i nad czym. Wspominam o tym, gdyż także w tym roku, dzięki uprzejmości Redakcji „Biegu Niepodległości”, chciałbym zachęcić do lektury. I podobnie w jak było to w 2019 roku do książki, która w równie dużym stopniu dotyczy przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Czy zachęci do „biegu”, po jeden z egzemplarzy?

"Ukryty Geniusz" - David Adam

A książka, o której mowa to „Ukryty geniusz. Pigułki na rozum, hakerzy mózgu i sekretery inteligencji” Davida Adama (oryginalny angielski tytuł The Genius Within. Smart Pills, Brain Hacks and Adventures in Intelligence (2017), która na początku 2020 roku ukazała się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oficyny, która w 2016 roku (oryginalne wyd. angielskie – 2014 rok) wydała także pierwszą książkę tego autora w naszym kraju, tj. „Człowiek, który nie mógł przestać”, z wiele wyjaśniającym podtytułem – „Opowieści o nerwicach natręctw”. David Adama jest doktorem inżynierii chemicznej, ale przede wszystkim niezależnym dziennikarzem. Określenie „niezależny” należy w kontekście zawartości książki podkreślić, gdyż generuje jego ogromną otwartość „na nowe”. Np. dobrowolne podłączenie mózgu do prądu w celu sprawdzenia na sobie tego, o czym zdecydowana większość z nas czyta, słyszy lub widzi na filmach, choćby tych, w których przy jego użyciu wykonywano kary śmierci. Dodajmy, że na przycisk naciskała żona autora Natalie, co pokazuje, że jest także mężczyzną „odważnym”. Wracając do autora, który nadal pozostaje w związku z Natalie i czuje się dobrze, warto podkreślić, że w jego CV są także informacje mówiące, że był redaktorem naczelnym prestiżowego pisma „Nature” oraz korespondentem specjalnym dziennika „The Guardian”, który za teksty poświęcone zagadnieniom naukowym, medycynie i ochronie środowiska otrzymał tytuł publicysty roku nadawany przez Stowarzyszenie Brytyjskich Dziennikarzy Naukowych. Gdy dodamy do tego, że w swoich dziennikarskich wyprawach dotarł między innymi do Antarktyki, Arktyki, Chin i w głąb amazońskiej dżungli, otrzymujemy portret autora, który nie tylko wiele przeczytał i wysłuchał, ale także sporo zobaczył, doświadczył i przeżył.

Przechodząc do zawartości książki „Ukryty geniusz”, już na wstępie trzeba zaznaczyć, że gdyby ktoś ograniczył się tylko do lektury krótkich informacji, przygotowanych na potrzeby prasy oraz mediów elektronicznych, to mógłby odnieść wrażenie, że to książka, która dotyczy tylko tego, co „Dziś i Jutro”. Nie inaczej jest na czwartej stronie okładki, na której uwagę zwracają pytania w rodzaju: Co by było gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny? Ponadto dowiadujemy się z niej, że badacze na całym świecie pracują nad sposobami poprawy działania naszych mózgów, byśmy stawali się coraz bystrzejsi i zdolni do większej koncentracji, a David Adam podjął na jej kartach próbę odpowiedzi na pytania: Czym jest inteligencja? W której części mózgu się znajduje? Czy można ją zmienić i ulepszyć? Wszystko uzupełnione informacją, że autor książki na własnej skórze, sprawdza (sic! – tak jakby wciąż to robił) skuteczność rewolucyjnych „pigułek na rozum” i elektrostymulacji oraz spotyka się z sawantami i hakerami mózgów. Do tego w ironiczny sposób opisuje Mensę, której jest nota bene członkiem, a której słabość bezlitośnie obnaża. Stawia także pytania o to, czy i w jaki sposób nauka powinna klasyfikować ludzi ze względu na inteligencję oraz jak daleko można posunąć się w próbach podnoszenia jej poziomu. I w zasadzie, tylko w jednym krótkim fragmencie można, choć i to nie w bezpośredni sposób, wyczytać z tej kluczowej dla zainteresowania potencjalnych czytelników notatce, że „(…) opowiada o mrocznych dziejach testów na inteligencję”. Dlaczego zwracam uwagę na te elementy? Otóż dlatego, że w około pięćdziesięciu procentach jest to książka historyczna. Czy stanowi to zarzut? W żadnym wypadku, gdyż to właśnie ta stricte historyczna część, stanowi w znacznej mierze o jej wartości i wiarygodności. Niestety jej wydawcy w większości państw, w których już się ukazała, jak się wydaje świadomie i z premedytacją, ten istotny szczegół pominęli. A szkoda.

Książkę otwiera wstęp, w którym podobnie jak wielu innych autorów prac popularnonaukowych – vide Bill Bryson i jego najnowsza praca „Ciało. Instrukcja dla użytkownika” (Zysk i S-ka, Poznań 2019) – David Adam zwraca uwagę, iż wciąż pokutuje fałszywe przekonanie, że używamy zaledwie około 10 procent naszego mózgu, podczas gdy pozostały potencjał jest niewykorzystany. I od razu dodaje, że nasze komórki mózgowe są tak bardzo przeciążone pracą, że większość z nich wykonuje kilka zadań równocześnie i żadna nie jest bezczynna. We wstępie, z właściwym dla siebie poczuciem humoru, podkreślił ponadto, że z inteligencją, czyli de facto głównym bohaterem jego książki, wszak nie wymienionym w tytule, jest jak ze sztuką i pornografią. Zdefiniowanie jej przychodzi nam w wielkim trudem, ale kiedy ją widzimy, potrafimy bezbłędnie rozpoznać. Zaznaczył ponadto, że ludzka inteligencja to pole minowe, gdyż inteligencja jednostki sama w sobie jest bez znaczenia. A to dlatego, że jest oceną relatywnych różnic uzdolnień występujących między ludźmi. Autor już we wstępie zaznaczył również, że choć talent jest dobrem racjonowanym, to przypadki usprawnienia funkcji poznawczych pozwalają przypuszczać, że każdy mózg może pracować lepiej. Zasadniczą część książki tworzy piętnaście rozdziałów, z których każdy liczy około 20 stron. Publikacja wydana została na ekologicznym, lekko szarawym papierze, przez co dobrze czyta się ją także przy sztucznym świetle. Liczy niespełna trzysta stron, co sprawia, że jest doskonałą lekturą na jeden weekend, a i to przy założeniu, że czytelnik postanowi wynotowywać sobie, co ciekawsze fragmenty, jak w kilkunastu przypadkach zrobił piszący te słowa. A tych jest znacznie więcej, zarówno w odniesieniu do wyników najnowszych badań z zakresu możliwości poznawczych ludzi, jak i historii. Jak choćby tego, w którym opisane zostało zainteresowanie czołowego brytyjskiego polityka minionego wieku eugeniką. I choć od razu David Adam zaznaczył, że cele eugeniki wydające się współcześnie potworne, to na początku ubiegłego stulecia były szeroko promowane i powszechnie akceptowane przez osoby kulturalne i wykształcone. Winston Churchill uważał je – czytamy w książce – za godne rozważenia i dlatego też w 1910 roku, gdy był ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Herberta Asquitha, zapoznał się ze stosowaną w wielu stanach USA metodą sterylizacji niepełnosprawnych umysłowo przestępców. Po czym zwrócił się wówczas do urzędników państwowych z pytaniem, czy Wielka Brytania nie mogłaby pójść w ślady Amerykanów (s. 125).

Wspomnianych piętnaście rozdziałów, w których David Adam jako wytrawny dziennikarz nie zapomniał, że już samymi tytułami mają zachęcać do lektury – vide: Rewolucja w naszych mózgach, Pigułki na zdolności, Najszczęśliwszy człowiek w celi śmierci czy Mózg na siłowni – stanowi swego rodzaju podróż. Odbywa ją sam autor, który pragnie przekonać się czy kupowany nielegalnie, ale bez problemu np. przez Internet Modanifil oraz w pełni legalnie, kupione w ten sam sposób urządzenie do elektrostymulacji, pomogą mu uzyskać lepszy wynik na testach inteligencji Mensy, bądź też „wykręcić” lepszy wynik na maszynie do treningu wioślarskiego Concept 2. Ta oryginalna podróż rozpoczyna się już na pierwszych stronach książki. A przekonuje nas o tym autor, gdy pisze, że coś nadzwyczajnego stało się z jego mózgiem, co skłoniło go do napisania książki. „Przemiana, jaka dokonała się w moim mózgu, otworzyła mi oczy na nowe możliwości. Poprawiła moją zdolność koncentracji, wyostrzyła pamięć, poszerzyła zdolności poznawcze. Zacząłem lepiej komunikować swoje myśli i stałem się życzliwszym słuchaczem. Gwałtownie wzrosła efektywność mojej pracy. Moje życie rodzinne stało się szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące. Osiągnąłem to wszystko dzięki odnalezieniu i uaktywnieniu części mego mózgu, która długo pozostawała uśpiona” (s. 9). Proszę mi pokazać kogoś, kto po takim wstępie, odłoży książkę i powie o autorze, że to kolejny z wielu hochsztaplerów próbujący „wcisnąć głupiemu ludowi” cudowne rady na zdrowe i szczęśliwe życie, kiedy wie, że napisał to jeden z bardziej cenionych popularyzatorów nauki w Wielkiej Brytanii. Wiem, że będzie takich niewielu, tym bardziej, że podczas wspomnianej podróży przyjdzie im wielokrotnie cofnąć się wraz z autorem w przeszłość, o której nie dane im było jednak czytać w szkolnych podręcznikach historii. Na przykład do przełomu XIX i XX wieku, aby poznać naukowców, którzy poświęcili swoje życie na badanie ludzkich mózgów jak Edwarda Anthony’ego i Edwarda Charlesa Spitzka, – ojciec i syn – którzy choć prowadzili swoje badania w prymitywnych, niechlujnych i niemiarodajnych warunkach, to jednak jako prekursorzy byli na właściwym tropie, co potwierdzają dociekania współczesnej neuronauki. I tak jak zaznaczył David Adam, to za sprawą Spitzki juniora badania nad mózgiem w poszukiwaniu oznak inteligencji wyszły z cienia, a on sam bez ogródek mówił, że: „Nie wystarczy jedynie podziwiać geniuszu Archimedesa, Homera, Michała Anioła czy Newtona; pragniemy wiedzieć, co sprawiło, że owi rozumni ludzie byli zdolni do tak wielkiego intelektualnego wysiłku”, po czym przypominając jak wielu wybitnych ludzi było gotowych ofiarować nauce swoje mózgi – jak wspomniany Edward Spitzka senior – dodawał: „Naszym obowiązkiem jest podejmowanie starań, które pozwolą nam ustalić, z jakiej przyczyny jedni są bardziej, inni zaś mniej uzdolnieni” (s. 106).

Przywołany koniec XIX stulecia to także czas, który posłużył D. Adamowi do rozpoczęcia opowieści o tym, jak trafił w Londynie do człowieka, – Andrew z Ukrainy – który zasugerował mu, że może pobudzić jego mózg do jeszcze lepszej pracy za pomocą elektryczności. Przywołajmy wspomniany fragment w całości, gdyż dobrze oddaje oryginalny styl autora książki. „Są dwie rzeczy, których możesz nie wiedzieć o krześle elektrycznym. Po pierwsze, zostało skonstruowane przez tego samego człowieka, który wynalazł żarówkę, Thomasa Edisona. Po drugie, Edison skonstruował je nie po to, żeby pochwalić się swoją wiedzą i umiejętnościami, lecz żeby zdeprecjonować technologię rywala, biznesmena George’a Westnghouse’a, z którym toczył zaciekły spór na temat przyszłości energii elektrycznej. Edison nie był zwolennikiem kary śmierci, lecz dla pieniędzy był gotów odłożyć na bok skrupuły natury moralnej” (s. 17). A, że pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku w USA poszukiwano nowej metody wykonywania egzekucji na więźniach skazanych na karę śmierci, gdyż uznano, że śmierć przez powieszenie jest zbyt barbarzyńska i nie przystoi krajowi, który aspirował do bycia supermocarstwem, to stosowne czynniki zainteresowały się energią elektryczną oraz jej nowo odkrytą zdolnością do uśmiercania. Od tamtego czasu na krześle elektrycznym stracono 4500 więźniów. A jaki to miało związek z Edisonem? Po odpowiedź odsyłam do książki, gdyż puenta tej, tak jak i wielu innych przywołanych przez jej autora historii, jest nie tylko ciekawa, ale także zaskakująca. Niestety w wielu przypadkach, jak choćby historii Joe Arridy, niepełnosprawnego 23 latka, który na początku 1939 roku w Canon City w Kolorado w majestacie prawa zginął w komorze gazowej, gdyż przyznał się do gwałtu i morderstwa, którego nie popełnił. Ale on tego, co się wokół niego się dzieje zupełnie nie rozumiał, gdyż był osobą upośledzoną, na poziomie intelektualnym małego dziecka. Nie odróżniał koloru czarnego od czerwonego, nie znał nazw dni tygodnia, a gdy wchodził do komory gazowej – „uśmiechał się pogodnie” (s. 244-249).

David Adam przekonuje, że każde pokolenie ma przywilej przeżywania rewolucji naukowej, a rewolucyjną dziedziną czasów nam współczesnych jest neuronauka. Przy tej okazji przypomniał, że trzydzieści-czterdzieści lat temu była nią genetyką, a dla każdego kto dorastał w połowie XX stulecia w cieniu atomowego grzyba, najbardziej innowacyjną dziedziną była z kolei fizyka jądrowa. Z kolei pierwsza połowa minionego stulecia doświadczyła olbrzymiego wpływu odkryć w dziedzinie chemii, a na przełomie XIX i XX wieku ogromną popularnością cieszyły się osiągnięcia w zakresie medycyny i anatomii. A ci, którzy mieli pecha, bądź też chcieli przysłużyć się nauce, pomagali w nauczaniu tej ostatniej jako eksponaty i pomoce naukowe. Konkludując ten krótki historyczny przegląd naukowych rewolucji ostatnich dwóch stuleci, autor pracy podkreślił, że każda z nich zmieniała świat na swój własny sposób. Ich spuścizną jest panowanie nad naszymi ciałami, nad żywiołami, nad siłami natury i naszym DNA. Należy jednak pamiętać, co podkreślił David Adam, że choć większość z ich skutków jest korzystna, to jednak bywa różnie, tym bardziej, że następny w kolejce do dynamicznych przemian czeka nasz mózg. Dokąd doprowadzi nas rewolucja w badaniach nad jego możliwościami? To dopiero czas pokaże. Bez wątpienia jednak z drogi, którą w tej materii obrał świat nauki, nie ma już odwrotu. Tym bardziej, że jednymi z najbardziej zaawansowanych w tych badaniach są Chińczycy. A oni nie mają skrupułów, aby kolejny raz, w swojej wielowiekowej historii, udowodnić, że należy im się palma pierwszeństwa (s. 23-25).

Na kartach książki „Ukryty geniusz” przynajmniej kilka razy pojawia się sugestia, że to, co już dawno sprawdzały testy na inteligencję, czyli obok umiejętności logicznego rozumowania, zdolności matematycznych, wyobraźni przestrzennej, szybkości reakcji, we współczesnym świecie w szczególny sposób zyskuje na znaczeniu jeszcze jedna z rzecz, którą weryfikowały, tj. umiejętność ignorowania nieistotnych, rozpraszających uwagę informacji (s. 48, 204). Wiedzą o tym przede wszystkim te osoby, którym portale społecznościowe oraz serfowanie bo bezkresnym oceanie Internetu, przeszkodziło w dokończeniu na czas ważnego projektu czy napisaniu pracy zaliczeniowej, magisterskiej, a nawet doktoratu. Nie wspominając już o czasie, który zabrał nam, gdy byliśmy potrzebni najbliższym. Dlatego też trudno nie zgodzić się z autorem książki, że to, co każdego dnia pomaga nam wiedzieć więcej i żyć szybkiej, jest też zagrożeniem, które sprawia, że rzeczy mniej ważne przysłaniają te naprawdę istotne. W tym kontekście szczególnego wymiaru nabiera wymowa, przytaczanych przez Davida Adama kilku z wielu definicji inteligencji, których autorzy podkreślają, że jest „miarą zdolności do realizacji celów w różnorodnych środowiskach” czy też „korzystaniem z tego, co mamy, żeby osiągnąć to, czego pragniemy”. W tej części dodajmy tylko, że autor mając wykształcenie w zakresie chemii, nie omieszkał „wbić” przysłowiowej szpilki filozofom, podkreślając, że gdy inni nieustannie poszukają rzetelnej i użytecznej definicji inteligencji, filozofowie poprzestali na konkluzji, że „inteligencja to niewystępowanie braku inteligencji”. Naturalnie przepraszam koleżanki i kolegów z Instytutu Historii UO, którzy są filozofami, że tego fragmentu i ja nie pominąłem w recenzji, ale już spieszę z pocieszeniem – „Na całym świecie inteligencja zależy od kontekstu” – a to oznacza, że wszyscy mamy równe szanse. Także historycy, co warto podkreślić wszak historia wyewoluowała z filozofii.

Wspomniany już wielokrotnie historyczny wymiar pracy D. Adama to także obszerny wątek poświęcony postaci Francisa Galtona, o którym napisał on, że należał do licznego grona dawnych dżentelmenów-uczonych, którzy z perspektywy XXI wieku jawią się jako osobliwe połączenie geniusza i głupca. A dlaczego tak jest? Otóż dlatego, że jako jeden z pierwszych w nowożytnej historii postanowił zmierzyć ludzką inteligencję. A była to postać niezwykle ciekawa, o której, nawet w akademickich podręcznikach historii, próżno szukać informacji. A szkoda, bo w czasach, w których żył, obok Darwina (nota bene jego kuzyna), Pasteura i Skłodowskiej, byli jeszcze inni, których biografie były nie mniej interesujące. Na dowód próbka tego, co o Galtonie można przeczytać w „Ukrytym geniuszu”. A zapewniam, że to tylko część jego niezwykłej biografii, której z racji, z założenia młodego wieku czytelników tego tekstu, w całości przytoczyć nie mogę. Ale do rzeczy, czyli tego kim był i co robił. Otóż „Ulegając namowom ojca, młody Galton rozpoczął studia medyczne, lecz wytrącony z równowagi przez rozdzierające krzyki operowanych pacjentów (pamiętajmy, że anestetyki nie były wówczas jeszcze w powszechnym użyciu) przerzucił się na matematykę. Po załamaniu nerwowym postanowił zrobić sobie roczną przerwę w studiach i udał się do Afryki. Strzelał do hipopotamów nad Nilem i jeździł na wielbłądzie po pustyni. (…) Po powrocie do Londynu napisał poradnik przetrwania w afrykańskim buszu, a następnie postanowił zostać naukowcem. (…) Stworzył pierwszą mapę pogody z prawdziwego zdarzenia, a także pierwszą (i miejmy nadzieję ostatnią) mapę rozmieszczenia brzydkich kobiet na terenie kraju. (Przykro mi Aberdeen)” (s. 54-55). Czy taki poszukujący i intrygujący człowiek, który napisał jakże mądre zdanie, że „Im lepiej nasze zmysły wychwytują różnice, tym większe jest pole działania naszego osądu i intelektu”, mógł się poważnie mylić w swoich naukowych dociekaniach. Otóż tak, co David Adam skwitował w swoim stylu, czyli lakonicznie i dowcipnie pisząc: „Rezultaty badań jednak uparcie nie chciały się dopasować do jego tezy. Na tym właśnie polegał zasadniczy kłopot z naukowym podejściem Galtona. Fakty co rusz stawały mu na drodze” (s. 56). Więcej szczęścia miał inny opisany w książce badacz – Charles Spearman, który po czternastu latach spędzonych w armii brytyjskiej, między innymi służąc w Birmie, za co został odznaczony, napisał, że największą pomyłką jaką popełnił w życiu, ulegając młodzieńczemu złudzeniu, było przekonanie, że „życie jest długie”. A na czym z kolei jego wspomniane szczęście polegało? No cóż, to tylko recenzja, a nie streszczenie książki, dlatego w tym miejscu zaznaczmy tylko, że mocno „namieszał” swoimi badania nad inteligencją – naturalnie gdy już na dobre zdjął mundur – a to dlatego, że nadal spieramy się o to, co zapoczątkował, czyli rozważania nad tym – „Ile z naszego potencjału intelektualnego zostało nam dane, a na ile musimy zasłużyć?” (s. 284).

W książce Davida Adama wątki historyczne, teoretyczne i praktyczne przeplatają się niemal w każdym rozdziale. A autor umiejętnie przenosi nas między nimi, jak choćby wówczas, gdy od eksperymentów Galtona i Spearmana, przechodzi do wyników współczesnych badań młodych ludzi, które pokazują, że czynnikiem wywierającym decydujący wpływ ich postawy, wkład pracy i wyniki w nauce, są ich przekonania. I tak przywołując publikacje z połowy drugiej dekady XXI wieku, zwraca uwagę, że uczniowie, którzy należą do grupy uważającej, że same zdolności wystarczą, aby osiągnąć sukces, często nie przykładają się do nauki, gdyż uznają, że pracowitość i wytrwałość świadczą o niskiej inteligencji. W efekcie, w obliczu poważnych trudności – poddają się, oszukują, tracą szacunek dla siebie i ostatecznie uzyskują gorsze wyniki. A to wszystko dlatego, że uważają, iż uderzają głowami w intelektualny sufit. Podczas gdy pozostali uczniowie będący do nich w opozycji wierzący, że inteligencję można zwiększyć, przez co mają zdrowsze podejście do nauki. W tej grupie, zdecydowana większość, ceni wkład pracy na równi z wynikami, a porażki motywują ich do działania z jeszcze większą determinacją. W istocie, nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Idąc za tymi wynikami naukowcy starają się zrozumieć, dlaczego te dwie grupy wierzą w to, w co wierzą. Analizujący wyniki ich pracy autor książki „Ukryty geniusz” zwraca uwagę, że wyjaśnienie stanowić mogą np. subtelne różnice w sposobie formułowania i komunikowania pochwał, jakimi obdarzono dzieci. I tak małe dziecko chwalone za talent słowami „Narysowałeś piękny obrazek; jesteś bardzo zdolny” – mogło zacząć przypisywać swoje osiągnięcia cechom wrodzonym. Podczas gdy, dziecko chwalone za proces, czyli zwrotem „Jaki piękny obrazek; bardzo się nad nim napracowałaś, prawda?” – mogłoby wybrać przeciwstawne, bardziej konstruktywne podejście i nabrać przekonania, że sukces jest owocem jego wysiłku i stałego ćwiczenia (s. 63). Możliwe, jak dodaje D. Adam, że wiele zależy także od tego, czy pochwały są ogólnikowe czy też konkretne. I to przy założeniu, że obie pochwały mają równie pozytywny wydźwięk.

Do książki „Ukryty geniusz”, podobnie jak do znakomitych wykładów Kena Robinsona, w rodzaju „Czy szkoły zabijają kreatywność”, warto odesłać liczne grono nauczycieli. I to nie tylko tych pracujących w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych, ale także wyższych. W przypadku tej ostatniej grupy choćby po to, aby skorzystać z jego dziennikarskiego doświadczenia, które zdobywał będąc w stałym kontakcie ze światem naukowym. A w tym kontekście trafiamy w jego opracowaniu na fragment, w którym czytamy, że „(…) naukowcy nie znoszą szumu medialnego, a przynajmniej tak twierdzą. Ale dobrze wiedzą, że drobna reklama w jakimś artykule prasowym albo audycji radiowej przyciąga uwagę, co jest zawsze korzystne, ponieważ nie ma czegoś takiego jak >zła uwaga<. Z punktu widzenia naukowców polujących na granty tylko jedno jest gorsze od nadmiaru zainteresowania prasą – zajmowanie się dziedziną badań, o której nikt nigdy nie pisze” (s. 141).

Dla części czytelników interesujące będą z kolei informacje dotyczące jednej z mniej znanych form synestezji, czyli stanu, w którym dochodzi do połączenia i przemieszania różnych doznań zmysłowych. A chodzi tu o zachowanie, które możemy obserwować na co dzień, nawet na sobie, będące widzeniem upływu czasu w przestrzeni fizycznej. Zwracając uwagę na to zachowanie David Adam podkreślił, że w świadomości wielu kultur, w których czyta się i pisze od lewej do prawej, czas płynie w tym samym kierunku, co oznacza, że osoba, którą spytamy, co robiła w zeszłym tygodniu, najprawdopodobniej zacznie gestykulować lewą ręką. Podczas, gdy przyszłe wydarzenia przypisane będą do ręki prawej. Z badań, które analizował autor książki, a potwierdzających ten rodzaj synestezji wynika, że ich uczestnicy reagowali na nazwy wcześniejszych dni tygodnia i miesięcy, gdy pozwolono im dawać sygnały lewą ręką, a na późniejsze, kiedy prawą. Z jeszcze innych naukowych ustaleń, które zostały przywołane na kartach pracy wynika, że dzieci w Ameryce, a więc i chyba w naszym kraju również, skoro nad Potomakiem i Wisłą jemy hamburgery sygnowane tą samą marką, porządkują takie pojęcia związane z czasem, jak posiłki, od lewej do prawej, umieszczają śniadanie po lewej, a obiad po prawej. Podczas gdy dzieci z arabskiego obszaru językowego porządkują je od prawej do lewej (209). Tego rodzaju ciekawostek w książce jest znacznie więcej, by wspomnieć choćby o opinii neuronaukowców i lingwistów, którzy akcent uznają w gruncie rzeczy za „wadę wymowy”.

David Adam nie tylko zaskakuje, ale przede wszystkim wykonuje niezwykle ważne społecznie zadanie z obszaru popularyzacji nauki, gdy zwraca uwagę czytelników, że istotne jest, aby narzędzia poprawiające sprawność kognitywną i poziom inteligencji, służyły seniorom. A wynikać to ma z prostej obserwacji starzejących się społeczeństw państw rozwiniętych, w których coraz więcej ludzi osiąga siedemdziesiąt, a nawet osiemdziesiąt lat, co oznacza, że demencja staje się poważnym wyzwaniem, wymagającym np. znacznie większych środków przeznaczanych na ochronę zdrowia. I choć nikt nie ma wątpliwości, że choć trening mózgu wymaga olbrzymiego wysiłku, to z całą pewnością nie wywiera negatywnych skutków. Dlatego też tylko ze względu na fakt, iż wszystkie testy i zadania są rodzajem gier, a ludzie ciągle płacą za to, żeby móc w coś grać, warto połączyć ekscytujące z pożytecznym (s. 268-269). Zwróćmy uwagę, że to ryzyko, gatunkowi ludzkiemu, opłaca się od dziesiątków lat, gdyż kolejne pokolenia dzieci okazują się mądrzejsze od swoich rodziców, choćby dlatego, że coraz częściej zdajemy sobie sprawę, że przyszłość zwykle jest taka, jak jeszcze wczoraj można było przeczytać lub zobaczyć, ale tylko w najbardziej fantastycznych wizjach książkowych lub filmowych.

W tym miejscu recenzji odnotujmy, iż autor książki, na jej kartach, nie kryje swoich poglądów i sympatii oraz antypatii politycznych. Zwracam na to uwagę, gdyż współcześnie, ale od razu dodaję, że nie jest to tylko wyróżnik naszych czasów, zbyt często w ocenie wyników naukowych badań z różnych dziedzin, pojawia się zupełnie pozamerytoryczny czynnik, który nakazuje wątpić, a czasami odrzucać nawet a priori ustalenia badaczy z innej opcji politycznej, religijnej, etnicznej (pozostałe każdy może swobodnie wpisać podług własnych doświadczeń), niż te, które dana osoba sama popiera czy wręcz wyznaje. W przypadku Davida Adama to swego rodzaju credo, przybrało następującą postać: „Im wyższe jest IQ danej osoby, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że będzie ona mieć rasistowskie lub seksistowskie poglądy. Ludzie z wyższym ilorazem inteligencji rzadziej bywają religijni, częściej natomiast interesują się polityką. Są także mniej tolerancyjni wobec postaw autorytarnych. Jest wśród nich najwięcej, jak mógłby to określić któryś ze wspaniałych generatorów obelg, tak popularnych na amerykańskich prawicowych portalach internetowych, jarających zioło, nieszanujących flagi, wegetujących w hippisowskich komunach, szkalujących „naszych chłopców w mundurach”, marnotrawiących pieniądze podatników, przytulających drzewka (…), totalnie liberalnych lewaków” (s. 42). I dodajmy tylko, że jak przystało na wytrawnego mieszkańca Wysp Brytyjskich, dodaje, że wszystko co wyszło spod pióra Szekspira – jest uderzająco trafne, mimo upływu wielu stuleci (s. 130).

Książka „Ukryty geniusz” opublikowana została w serii #nauka, wspomnianego już prestiżowego Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ukazują się w niej najciekawsze tytuły popularnonaukowe, które w przystępny, często dowcipny oraz osobisty sposób opowiadają o fascynującym świecie współczesnej nauki. I jak podkreślają pomysłodawcy serii, co znajduje odzwierciedlenie w „Ukrytym geniuszu”, znajdują się w niej pozycje, które stawiają nieoczekiwane pytania oraz zwracają uwagę na nieoczywiste aspekty otaczającej nas rzeczywistości. Do tych nieoczekiwanych aspektów, aby nie być nadmiernie zaskoczonym, można się jednak przygotować. Warunkiem jest jednak, na co słusznie w podsumowaniu książki zwrócił uwagę David Adam, aby pamiętać, że „Werble zwiastujące rewolucję neuronaukową brzmią coraz głośniej. Powinniśmy nasłuchiwać i przygotowywać się, gruntownie rozważać dostępne opcje. Musimy uznać racje tych, którzy nawołują do zmian. Musimy otworzyć nasze społeczeństwo na nowe możliwości i zagrożenia na naszych własnych warunkach. Ponieważ, czy nam się to podoba czy nie, one i tak nadejdą, nawet jeśli będą musiały staranować bramy” (s. 285). Od siebie dodam tylko, że jednym z lepszych pomysłów jak rozpocząć te przygotowania, może być uważna lektura jego książki, do której stymulacja w postaci „pigułek na rozum” czy elektrowstrząsów nie jest potrzebna. Bo kto z nas, nie chciałby wiedzieć jaki ma faktyczny poziom jego inteligencji. I ewentualnie wiedział, jak może go podnieść, gdyby tylko się okazało, że pierwszy wynik – wypadł poniżej naszych oczekiwań.

Dr hab. Marek Białokur Profesor w Instytucie Historii Uniwersytetu Opolskiego Kierownik Katedry Dydaktyki, Nauk Wspomagających i Popularyzacji Historii
Józef Gawlina – Biskup wędrowiec
W obecnej sytuacji, gdy – w obawie przed zarazą - wiele spraw musieliśmy układać na nowo, gdy w wielu przypadkach został na nas wymuszony tak zwany dystans społeczny, a strach przed niewidocznym wirusem wielu kazał zachowywać daleko posuniętą ostrożność, warto wspominać postaci z przeszłości, które także żyły w niespokojnych i trudnych czasach, często wykazując się hartem ducha i ofiarnością.

Józef Gawlina – Biskup wędrowiec

Postacią taką może być Józef Gawlina, urodzony 18 listopada 1892 roku w Strzybniku, wsi, która obecnie wchodzi w skład gminy Rudnik, koło Raciborza. Gdy wybuchła I wojna światowa Józef miał 21 lat. Nic zatem dziwnego, że mimo podjętych na Uniwersytecie Wrocławskim studiów na Wydziale Teologicznym, został w 1915 roku powołany do armii niemieckiej i wysłany na front zachodni, gdzie został ranny. Po wyleczeniu ran wtórnie skierowany do działań wojennych, tym razem na front do Syrii, gdzie w czasie bitwy pod Damaszkiem trafił do brytyjskiej niewoli. Po zakończeniu wojny, w 1920 roku, powrócił do Wrocławia, gdzie ukończył doktoranckie studia teologiczno-filozoficzne, a 19 czerwca 1921 roku otrzymał z rąk biskupa kardynała Adolfa Bertrama święcenia kapłańskie. Jako osoba urodzona w państwie niemieckim mógł wybrać dla swej pracy duszpasterskiej niemiecką część Górnego Śląska. Jednak wychowany w duchu polskim wybrał Katowice. W ten sposób Józef Gawlina stał się kapłanem mającej niedługo powstać Diecezji Katowickiej. Pracował jako wikariusz w Dębieńsku oraz w Tychach. W 1924 roku został sekretarzem generalnym Ligi Katolickiej, a od 1929 roku kierował Akcją Katolicką w diecezji katowickiej. W latach 1924 – 1927 kierował redakcją Gościa Niedzielnego. Na polecenie prymasa Augusta Hlonda zorganizował Katolicką Agencję Prasową.

W swej posłudze kapłańskiej ksiądz Józef Gawlina sprawował wiele ważnych funkcji. Miał też w swym bogatym życiu epizod związany z Królewską Hutą, gdzie dostąpił też najwyższej w swym życiu godności. Ale o tym za chwilę.

Górny Śląsk lat 20. XX wieku był terenem, którego ludność była bardzo silnie podzielona. Wojna światowa, trzy powstania, plebiscyt i związany z nim podział Górnego Śląska spowodował szereg niepokojów społecznych, skłócenie, dezorientację i demoralizację znacznej części społeczeństwa. Elementem, który mógł spajać miejscową ludność mogło być chrześcijaństwo, a w szczególności katolicyzm, do którego przyznawało się około 80% tutejszej ludności. To właśnie kościół lokalny widział wielkie swoje zadanie w pojednaniu Górnoślązaków. Silnie dostrzegalnym problemem był niski poziom moralny części wiernych: alkoholizm, konkubinaty, brak praktyk religijnych, samobójstwa. To właśnie przypomnieniu o wartościach chrześcijańskich i próbie pojednania Ślązaków miały służyć Zjazdy Katolickie. Drugi Zjazd Katolicki odbył się w 1923 roku w Królewskiej Hucie, jednak ze względów politycznych został zbojkotowany przez katolików niemieckich. Rok później właśnie ks. Józef Gawlina był głównym organizatorem III Zjazdu Katolickiego, który odbył się w Katowicach. Dzięki zabiegom dyplomatycznym organizatora w zjeździe uczestniczyli katolicy polscy i niemieccy. Cele zjazdu zostały zatem w pełni zrealizowane. Świadczy o tym także fakt, że w procesji teoforycznej brało udział 150 000 osób, a drugie tyle stało szpalerem wzdłuż katowickich ulic. Kolejną okazją do zorganizowania integrującej uroczystości było 40-lecie ogłoszenia przez papieża Leona XIII encykliki Rerum Novarum, w której Kościół Katolicki po raz pierwszy wypowiedział się w kwestii robotniczej. Obchodom nadano wielką rangę, angażując w nie zarówno Polaków, jak i Niemców, pracodawców i pracowników, partie polityczne nurtu chrześcijańskiego oraz przedsiębiorców. Zjazd odbył się w kilku miastach Górnego Śląska, w tym w Królewskiej Hucie, gdzie naliczono największą liczbę uczestników, 180 000 osób! To był wielki sukces. Posiedzenia komitetu zjazdu odbywały się na plebani parafii pw. św. Barbary w Królewskiej Hucie. Po ostatnim posiedzeniu gremium, ówczesny proboszcz królewskohuckiej fary, ks. Ludwik Wojciech, w prywatnej rozmowie zaproponował ks. Gawlinie objęcie po nim największej w diecezji parafii (36 000 wiernych), właśnie św. Barbary w Królewskiej Hucie. Sam bowiem przeczuwał, że wkrótce zejdzie z tego świata. Tak też się stało.

Już wkrótce ks. Józef Gawlina zrezygnował z pracy w kurii diecezjalnej i objął probostwo u św. Barbary w Królewskiej Hucie. Parafia składała się w 2/3 z Polaków i w 1/3 z Niemców. Przy parafii działało aż 35 stowarzyszeń i ruchów kościelnych. Ze względu na ogromne obciążenie pracą, przeciętna długość życia poprzedników proboszcza Gawliny wynosiła 52 lata. Parafia była w zdecydowanej większości robotnicza. O taką właśnie parafię zabiegał wcześniej ks. Gawlina. W latach kryzysu liczebność parafii w żaden sposób nie przekładała się na jej dochody, gdyż panowało duże bezrobocie. Proboszcz był pełen podziwu dla robotników. Szczerzy, sprawiedliwi, życzliwi, analizowali swoje położenie rozumnie, nie spodziewali się więcej od Rzeczpospolitej aniżeli ona de facto mogła dla nich uczynić. (…) Wierzyliśmy sobie wzajemnie, wspólnie też z robotnikami urządzaliśmy pielgrzymki do Matki Boskiej Piekarskiej o pracę – jak wspominał ks. Gawlina. Proboszcz zorganizował też dla bezrobotnych kuchnię parafialną, która wydawała 700 obiadów dziennie. Aby podołać licznym obowiązkom i obciążeniom proboszcz musiał liczyć na przychylność wielu środowisk, w tym także na życzliwość pracowników magistratu, który w większości składał się z członków Narodowej Partii Pracy. Partia ta miała charakter robotniczy, jednak nie akceptowała marksizmu, a opierała się na zasadzie chrześcijańskiego solidaryzmu społecznego. W dziale społecznym urzędu miasta urzędniczkami były same siostry zakonne, służebniczki Maryi. Pracowały ponad wszelką pochwałę, rzetelnie i sprężyście – wspominał proboszcz.

Inaczej sprawy miały się ze spółką Skarboferm, która miała siedzibę w Królewskiej Hucie. Skrboferm był spółką polsko-francuską utworzoną dla eksploatacji państwowych złóż węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Akcjonariuszami spółki był w połowie Skarb Państwa i w połowie przedsiębiorcy francuscy. Kapitał francuski został dopuszczony do górnośląskiego przemysłu węglowego w zamian za pożyczki francuskie udzielone państwu polskiemu na prowadzenie wojny z bolszewikami i polityczne wsparcie dla idei przyłączenia Górnego Śląska do Polski po III powstaniu śląskim. Tenże Skarboferm, poprzez nadmierne wydobycie węgla kamiennego „podkopał” cmentarz parafialny, powodując jego degradację i obsunięcie się gruntu cmentarnego o 3,2 m. Eksploatacja uszkodziła też stojącą na cmentarzu kaplicę, tak, że rozłupała się na pół, a część frontowa rozpadła się. Spółka nie chciała uznać i naprawić szkody, odsyłała proboszcza do sądu, licząc że nie będzie go stać na finansowanie procesu. Jednak ks. Gawlina nie ugiął się i zagroził opublikowaniem informacji o skandalicznej sytuacji dotyczącej gruntów cmentarnych w czasie niedzielnego kazania. Ta groźba poskutkowała, a w końcu naprawa szkód okazała się dla Skarbofermu najtańszym wyjściem z sytuacji. Zdarzyło się też, że Huta Królewska zwolniła wszystkich robotników, a tylko część przyjęła z o wiele niższym wynagrodzeniem. Proboszcz Gawlina spowodował podjęcie rezolucji przez księży całego dekanatu, w której to powoływano się na encyklikę Piusa XI Quadragesimo anno z 1931 roku, aktualizującą encyklikę Rerum Novarum i odnoszącą się do kwestii sprawiedliwości społecznej. Rezolucję odczytano jednej niedzieli w całym dekanacie królewskohuckim, co odbiło się głośnym echem. Z rezolucji tej ks. Gawlina musiał się tłumaczyć przed biskupem. Stwierdził, że Jeżeli my księża nie mamy się uważać kompetentni w sprawach sprawiedliwości społecznej, to nie będziemy mogli się dziwić, że wkrótce i świat i robotnicy nas będą uważać za niekompetentnych w naszych sprawach. Proboszcz Gawlina narażał się wielkiemu kapitałowi, krytykując ogromne zarobki kadry kierowniczej, sięgające niejednokrotnie nawet ponad 100 000 zł miesięcznie. Było to w czasach, gdy bezrobotny robotnik dostawał zapomogę w wysokości 20-50 zł. Wytykał też ogromny koszt remontu mieszkania jednego z dyrektorów, wykonanego z pieniędzy przedsiębiorstwa, w wysokości aż 80 000 zł.

Proboszcz Gawlina najmilej wspomina pracę z dziećmi, które przygotowywał do przyjęcia pierwszej Komunii świętej. Po uroczystości tradycyjnie organizowano wycieczkę kilku tysięcy dzieci do Doliny Szwajcarskiej (obecnie najstarsza część Parku Śląskiego). Rzeźnicy i piekarze zapewniali żywność. Dzieci przebierały się za rycerzy, Hindusów, żołnierzy i krakusów. Zabawa trwała cały dzień i była przednia!

Ks. Józef Gawlina wykazywał także dużą dbałość o stan świątyni. Doprowadził do wymalowania kościoła, według projektu Stefana Matejki i Stanisława Ligonia. Za jego proboszczowania założono nową sieć elektryczną, skanalizowano teren kościelny, wraz z ogrodem. Dzięki zapisanemu przez robotnika Bujara domkowi poszerzono szpital. Proboszcz Gawlina powołał także do życia pismo parafialne, Wiadomości Parafialne, które kolportowało Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Żeńskiej do wszystkich parafian, zarówno tych, którzy za nie płacili, jak i tych których na to nie było stać. Tygodnik pełnił rolę jakby dodatkowego wikarego. Z niemiecką częścią społeczności parafialnej proboszcz także potrafił ułożyć poprawne stosunki. Oddał im jedną ochronkę dla dzieci.

Jednak do najważniejszego wydarzenia w życiu ks. Gawliny miało dojść w Królewskiej Hucie już wkrótce. 18 listopada 1932 roku kościół pw. św. Barbary w Królewskiej Hucie obchodził swoje 80-lecie, a proboszcz Gawlina swoje 40 urodziny. Następnego dnia proboszcza odwiedził niezwykły gość. Był nim szef Sztabu Głównego, generał brygady Janusz Gąsiorowski, który przyjechał z Warszawy, z polecenia samego marszałka Józefa Piłsudskiego. Niecodzienny gość zakomunikował ks. Gawlinie, że jest on kandydatem na biskupa polowego wojska polskiego. Propozycja ta została złożona niezgodnie z kompetencjami, lecz później okazało się, że jednak została uzgodniona z nuncjuszem apostolskim, a właściwie to nuncjusz Francesco Marmaggi podsunął kandydaturę Gawliny rządowi. W styczniu 1933 roku ks. Gawlina został zaproszony do Warszawy, gdzie z marszałkiem Józefem Piłsudskim omówił wstępnie zasady współpracy. Marszałek wymusił też na ks. Gawlinie przyjęcie sakry biskupiej poza Warszawą. Ze względu na oszczędności budżetowe przyszłemu biskupowi nadano stopień generała brygady, zamiast przysługującego - generała dywizji.

Na miejsce przyjęcia sakry biskupiej ks. Józef Gawlina wybrał kościół pw. św. Barbary w Królewskiej Hucie, a więc swój parafialny. Uroczystość odbyła się 18 marca 1933 roku. Wzięło w niej udział wielu dostojnych gości, a wśród nich – udzielający sakry - kardynał prymas August Hlond i biskup katowicki Stanisław Adamski. Przybyła generalicja z generałami Sosnkowskim, Kasprzyckim i Przeździeckim na czele, każdy pułk wysłał swoją delegację, a podchorążówka z Ostrowi Mazowieckiej wystąpiła w mundurach historycznych. Dziekani wojskowi i kapituła katedralna zjawiła się w komplecie. W sakrze uczestniczyli nawet Niemcy, którzy wspólnie z zebranymi w świątyni wiernymi polskimi odśpiewali Bogurodzicę. Była to jedyna taka uroczystość w dziejach Królewskiej Huty i Chorzowa. Została upamiętniona odpowiednią tablicą pamiątkową, wykonaną według projektu Stanisława Ligonia i ufundowaną przez parafian św. Barbary, którą umieszczono na drzwiach zakrystii.

2 czerwca 1934 r. uroczystość poświęcenia koszar w Królewskiej Hucie z udziałem biskupa polowego Józefa Gawliny

Tyle na temat królewskohuckiego epizodu z życia wybitnego kapłana. Niżej zamieszczam encyklopedyczne uzupełnienie biografii ks. Józefa Gawliny. Należy jeszcze dodać, że w 1998 roku Rada Miejska Chorzowa nadała nowopowstałej ulicy przy granicy z Rudą Śląską nazwę bp. Józefa Gawliny. Przez kilka lat, z inicjatywy ówczesnego proboszcza parafii pw. św. Barbary w Chorzowie, ks. Stanisława Juraszka, rozważano postawienie w pobliżu tegoż kościoła pomnika bp. Gawliny. Jednak, z różnych przyczyn, do tego nie doszło. Znacznie żywsza okazała się pamięć o Józefie Gawlinie w Raciborzu, gdzie w 2006 roku odsłonięto jego pomnik. Ten wybitny kapłan, ale także wielki patriota i humanista, potrafił sprostać różnorodnym i trudnym wyzwaniom. Był przykładem odwagi i wierności wobec powierzonych zadań. Może warto by było zatem, w tych trudnych czasach, wrócić do idei ustawienia w Chorzowie monumentu bp. Gawliny. Wszak dobrych wzorów nigdy za wiele.

Po ingresie do katedry polowej w Warszawie bp Józef Gawlina bezzwłocznie podjął swoje obowiązki. Zreformował kurię, jeździł po najodleglejszych poligonach i wizytował najodleglejsze jednostki wojskowe. Nazywano go biskupem-wędrowcem. Starał się pomagać ludziom, w kontaktach z żołnierzami przyjmował postawę otwartą. Kapłanom stawiał wysokie wymagania, a w swych decyzjach jako biskup polowy często bywał bezkompromisowy. Ta postawa nie przysparzała mu zwolenników w Kurii Polowej. Przykładem odwagi cywilnej był udział biskupa w pogrzebie Wojciecha Korfantego, 20 sierpnia 1939 roku, gdzie był jedynym biskupem przybyłym z Warszawy. Poświęcał dużo czasu na pracę z młodzieżą zrzeszoną w Hufcach Służby Młodzieży. Po wybuchu II wojny światowej opuścił Warszawę i przez Łuck, gdzie został ranny w czasie bombardowania, dotarł do granicy z Rumunią; granicę przekroczył 18 września 1939 roku. Przez Bukareszt i Budapeszt trafił do Rzymu, a później do Paryża, gdzie już 18 października 1939 roku podjął obowiązki Biskupa Polowego. W grudniu 1939 roku został mianowany członkiem I Rady Narodowej RP – namiastki Sejmu działającego na uchodźstwie, udzielał pomocy polskim uchodźcom we Francji, od stycznia 1940 roku członek Rady Naczelnej Światowego Związku Polaków z Zagranicy. W 1942 roku przebywał w ZSRR, który opuścił ostatnim transportem odchodzącym do Iranu. 16 sierpnia 1942 roku celebrował Mszę św. żałobną na pogrzebie gen. Sikorskiego. Jego jurysdykcji podlegały wojska polskie w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i ZSRR, a później także we Włoszech, w Belgii, Holandii i Niemczech. Prowadził wizytację obozów uchodźców, a także oddziałów w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Kazachstanie. W 1943 roku przebywał w USA, gdzie apelował o pomoc dla dzieci polskich w ZSRR. Brał udział w kampanii włoskiej i bitwie o Monte Cassino, gdzie pełnił funkcję kapelana liniowego, a także w bitwie o Ankonę i Loretto. W 1944 roku otrzymał z rąk gen. Sosnkowskiego Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Po zakończeniu wojny przestał pełnić funkcję biskupa polowego, został mianowany Opiekunem Emigracji Polskiej. Polskimi emigrantami opiekował się przez szereg lat, wizytował polskie ośrodki emigracyjne w 11 państwach na 3 kontynentach, brał udział w tworzeniu polskich misji katolickich w 12 krajach. Założyciel Instytutu Wydawniczego Hozjanum, był wydawcą i redaktorem naczelnym Duszpasterstwa Polskiego Zagranicą. Od 1952 roku arcybiskup. Uczestniczył w pracach przygotowawczych do Soboru Watykańskiego II, uczestnik pierwszych dwóch sesji SWII. Zmarł nagle w noc z 21 na 22 listopada 1964 roku na atak serca. Pochowany najpierw w Rzymie, a w 8 kwietnia 1965 roku powtórnie wśród żołnierskich grobów, na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino.

Nota biograficzna na podstawie https:/Silesia.edu.pl z 15 lipca 2020 roku

Na podstawie: J. Gawlina Wspomnienia, red. J. Myszor, Katowice 2020, Opracował: dr Mariusz Tracz

Stowarzyszenie Przyjaciół Słowaka w Chorzowie

ul.Dąbrowskiego 36

tel/fax: 032-2411-712

Rok założenia 1995

 

ORGANIZACJA POŻYTKU PUBLICZNEGO

 

KRS 0000025586

  Naszym statutowym celem jest wspieranie chorzowskiej młodzieży w zakresie rozwijania jej zainteresowań uzdolnień oraz pomoc w rozszerzaniu bazy materialnej i dydaktycznej chorzowskich szkół Przekazując 1% podatku dochodowego wspomagasz chorzowską oświatę oraz uczniów chorzowskich szkół.

Numer naszego konta:

81 105 012 431 000 0022 0696 9467

Utwór poetycki na konkurs „Auschwitz a postrzeganie współczesnego świata” spod pióra Tomasza Grewendy

CHRZEST

Przed bramę biegunów ludzkiego pojęcia

Przywlekli go funkcjonariusze-kapłani

Boga który nigdy nie oblekł się ciałem

Ich nieme jak kamienne tablice twarze

Nie pyszniły się nikczemną koniecznością

Lecz dobro nie leżało w ich obowiązku

W zaledwie kilku z nich ostał się jeszcze duch

Który z ochrypłego gardła wydaje szept

Budzi nocą z żelaznego snu i pyta

Gdzie bezsilna niewinność graniczy z piekłem?

 

Jakiś nieodpowiedzialny ksiądz nowicjusz

Pozwolił ucałować na pożegnanie

Jego dzieci liczne jak gwiazdy na niebie

Wkrótce Słońce przepadło w przepastne tonie

A wraz z nim każda z tych gwiazdeczek niewinnych

Posnęła w przepaści bermudzkich otchłani

Niby małe słoneczko obdarte z wiary

Gdy duchownemu wróciła po tym mowa

Wnet wypluł serce przez zaciśnięte zęby

 

Zabrano go tak jak wszystkich do kolejki

Która wiodła do żelaznych wrót kościelnych

Płonna nadzieja zmuszała go by sądził

Że z naw ołtarza wypuszczą go inne drzwi

Przed wstąpieniem kazali się przygotować

Do oczyszczenia ze swoich skaz i grzechów

Dziwne… nie pamiętał chwil ich popełnienia

Ale musiał zaufać nieomylności

Zatem wziął wdech głęboki jak jego wiara

I przekroczył pokropiony cierpieniem próg

 

Cudownie lekka ciecz okrążyła ciało

Fałszywą pieszczotą zmuszając do wdechu

Mimowolnie spróbował złapać powietrze

Lecz święcona woda przemieniła całe

Tlen obrócił się przeciwko jego płucom

Tak jak kiedyś pozwalał żywym bytom żyć

Nowy bóg kazał odebrać co dał Stary

Zaprawdę istna to tortura dla ciała

Lecz ten ex-człowiek czuł radość i spełnienie

Gdy wystąpił z chrzcielnicy wiele lat później

 

Nowy herszt nie zdawał sobie nawet sprawy

Że podczas przymusowego chrztu w fabryce

Masowo namaszczał męczenników Bogu

Który miast sczeznąć w piecach – zakwitł z popiołu

Tomasz Grewenda
Scenariusz lekcji – Pierwsze miesiące niepodległej Rzeczypospolitej. Kształtowanie się granic państwa polskiego. Granica zachodnia.

„Oświadczam jednakże, że ten lud, który,

w przeciągu ostatnich dwóch lat po raz

trzeci chwyta za broń przeciwko Niemcom,

nigdy już nie zniesie panowania prusko-niemieckiego”

Wojciech Korfanty.  

Konspekt zajęć dla uczniów specjalizacji historycznej klas LO. Czas realizacji 1 jednostka lekcyjna. Z dziejów walk o niepodległość Polski.
  1. Cel
    1. Poszerzenie wiedzy uczniów z zakresu historii Polski
    2. Rozszerzenie wiedzy społeczności uczniowskiej o elementy geografii
    3. Doskonalenie umiejętności analizy tekstu źródłowego
    4. Doskonalenie umiejętności analizy procesu historycznego.
    5. Kształtowanie umiejętności pracy w małych zespołach
  2. Metody nauczania
    1. Nauczanie polimetodyczne
    2. Elementy wykładu
    3. Praca z mapą
    4. Praca z tekstem źródłowym
    5. Praca w małym zespole 2 osoby
    6. Pobudzanie refleksyjności w wymiarze indywidualnym
    7. Karta pracy
  3. Materiały
    1. Teksty źródłowe z portalu IPN „Zmagania o niepodległość Polski do listopada 1918 r. oraz budowa struktur państwa i wojny o granice Rzeczypospolitej” https://ipn.gov.pl/pl/edukacja-1/szkolenia dla nauczycieli/zmagania-o-niepodleglosc
      1. „Prawa, przez was uchwalone, będą początkiem nowego życia wolnej i zjednoczonej Ojczyzny”. [Józef Piłsudski, Przemówienie na otwarcie Sejmu Ustawodawczego, 10 lutego 1919 [w:] idem, Pisma zbiorowe, t. 5, Warszawa, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1990 (reprint wydania z 1937–1938)]
      2. „Naczelnik Państwa jest przedstawicielem Państwa i najwyższym wykonawcą uchwał Sejmu w sprawach cywilnych i wojskowych”.[Uchwała Sejmu Ustawodawczego o powierzeniu Józefowi Piłsudskiemu dalszego sprawowania urzędu Naczelnika Państwa (tzw. mała konstytucja), 20 lutego 1919, Warszawa [w:] Dzieje Polski 1918–1939: wybór materiałów źródłowych, red. i oprac. Władysław A. Serczyk, Kraków, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1990]
    2. Konstytucja Marcowa 1921
    3. Karta pracy.
  4. Przebieg zajęć
    1. Wprowadzenie
      1. Czynności organizacyjne
      2. Przedstawienie celu zajęć
    2. Rozwinięcie
      1. Wykład
      2. Praca z mapą
      3. Podział klasy na zespoły 2 osobowe
      4. Rozdanie materiałów źródłowych
      5. Rozdanie karty pracy
      6. Uczniowie analizują teksty źródłowe i odpowiadają na pytania Karty pracy
      7. Prezentacje uczniowskie
    3. Podsumowanie
      1. Nauczyciel prosi uczniów o osobistą refleksję nt. wartości zawartych w źródłach.
      2. Zadanie domowe : Napisz esej „Jak budowano granicę państwa polskiego na zachodzie”.
  5. Załącznik karta pracy ucznia
    1. Jaki to rodzaj materiału źródłowego ?
    2. Jaki jest obraz wartości patriotycznych wynika ze źródła?
    3. Jakie walory posiada dokument ?
    4. Jakie cechy charakteryzują język źródła ?
    5. Jakie wnioski można przedstawić po lekturze tekstu celem dokonania refleksji nad problemem pojmowania ważności sprawy wolności i niepodległości w procesie budowy granic Polski ?
ORZEŁ BIAŁY

Według popularnej legendy, założyciel państwa Polan, Lech, ujrzał wielkie gniazdo na drzewie. W gnieździe znajdował się biały orzeł z dwoma pisklętami. W pewnym momencie orzeł szeroko rozpostarł skrzydła na tle czerwonego od zachodzącego słońca nieba. Widok ten zrobił na Lechu tak wielkie wrażenie, że postanowił osiąść w tym miejscu, a białego orła umieścił na swoim herbie. Miejscu nadał nazwę Gniezdno, obecnie Gniezno.

Najwcześniejszy wizerunek orła pochodzi z czasów Bolesława Chrobrego, kiedy to umieszczano go na denarach. Po raz pierwszy jako godło książęce pojawia się na pieczęci konnej Kazimierza opolsko-raciborskiego z 1222 r. Książę Przemysł II, koronowany na pierwszego króla od czasów Bolesława Chrobrego, wprowadził na rewers swej pieczęci majestatycznej Orła Białego. W ten sposób, od 1295 r. dotychczasowy osobisty i rodowy herb Piastów został wyniesiony do rangi herbu Królestwa Polskiego. Ten sam herb przyjął koronowany w 1300 r. Wacław II czeski, a aspirujący do polskiej korony Władysław Łokietek umieścił go na swoich proporcach, a po koronacji także na pieczęci majestatycznej. Od początku herb ten przedstawiał Orła Białego, czyli srebrnego, w złotej koronie, z takimiż dziobem i łapami, ze złotą przepaską na skrzydłach. Takiego Orła widzimy najwcześniej na plakietce z pochwy Szczerbca, miecza koronacyjnego po raz pierwszy użytego w ceremoniale koronacyjnym Łokietka. Najważniejszą jego dystynkcja była korona. Do szerokiego rozpowszechnienia wizerunku Orła doszło w czasach Kazimierza Wielkiego, który umieścił Orła na krakowskiej monecie groszowej. Koronowany Orzeł Biały oznaczał wówczas jednolite, niepodzielne terytorium suwerennego państwa, pojmowanego jako twór ponadczasowy, stojący ponad osoba monarchy. W zespole herbów ziemskich, występujących na zwornikach sklepienia znaczących kościołów patronuje herbom prowincji i ziem tworzących państwo.

Herb Orła Białego był przede wszystkim herbem Królestwa Polskiego, a także znakiem dynastycznym i osobisty króla. W nawiązaniu do tradycji księstwa krakowskiego i roli stołecznego Krakowa był zarazem herbem ziemi krakowskiej. Dziełem Kazimierza Wielkiego było wprowadzenie Orła Białego do rezydencji królewskich i zapewne na fasadę wawelskiej Katedry.

Za Jagiellonów nadano heraldyce państwowej szereg nowych znaczeń. Władysław Jagiełło połączył Orła Białego z litewską Pogonią co oznaczało unię Korony i Wielkiego Księstwa tworzącą Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Sam Orzeł Biały pozostał herbem Korony i osobistym króla. Wtedy to pojawił się znak dynastii. W 1454 r. głowę Orła zwieńczyła zamknięta korona jako symbol w pełni suwerennej władzy króla. Poza pieczęciami i monetami Orzeł Biały był obecny w reprezentacji dworskiej i ceremoniale dworskim. Występował na chorągwiach, w miniaturach ksiąg, rzeźbie architektonicznej znaczniejszych kościołów, w najstarszym herbie odnowionej Akademii Krakowskiej, także na królewskich nagrobkach. W bitwie pod Grunwaldem, odbicie i podniesienie przez polskich rycerzy chorągwi z Białym Orłem na czerwonej płachcie stało się momentem przełomowym tej zwycięskiej bitwy.

Za ostatnich Jagiellonów Orzeł królewski został przyozdobiony inicjałem imienia monarchy. Za królów elekcyjnych na piersi Orła wprowadzono herb rodowy i dynastyczny monarchy. Orzeł Biały występował w drukach urzędowych, zwłaszcza w konstytucjach sejmowych, na oprawach ksiąg. Widoczny był na sztandarach i chorągwiach wojsk koronnych. Aż do upadku Rzeczypospolitej obszar występowania Orła Białego stale się poszerzał. Objął też heraldykę pozapaństwową. Orzeł srebrny czyli biały już w średniowieczu stał się herbem ziemi poznańskiej. W herbie Mazowsza był pamiątka rządów książąt z mazowieckiej linii Piastów. Już w średniowieczu wchodził w skład herbów niektórych miast upamiętniając rolę władcy jako ich fundatora albo dobroczyńcy (Kraków, Poznań, Gniezno, Sandomierz). W 1705 r. król August II ustanowił Order Orła Białego, którego najwyższą rangę określa już sama nazwa.

W czasie rozbiorów Orzeł Biały znalazł się w cieniu trzech czarnych orłów. Wyparty przez nie z wszystkich stref publicznych powrócił na krótko w herbie Królestwa Polskiego, umieszczony tu na jednej tarczy z herbem saskim. W czasach Księstwa Warszawskiego wykształcił się pierwowzór polskiego orła wojskowego noszonego jako oznaka na nakryciach głowy. Był to orzeł siedzący na tzw. tarczy amazonek, wzorowanej na pelcie, tarczy lekkiej piechoty greckiej. Kształt tego orła okazał się wyjątkowo trwały.

Utworzone po Kongresie Wiedeńskim (1815 r.) Wielkie Księstwo Poznańskie i Królestwo Polskie legitymowały się herbami mocarstw zaborczych – czarnymi orłami z niewielką sylwetką Orła Białego wkomponowaną w ich pierś, a po 1869 r. zniknął zupełnie. Zakazany przez zaborców znak Białego Orła odradzał się jednak we wszystkich powstaniach narodowych. Stał się wtedy symbolem walki o narodowe wyzwolenie i znakiem Polski, którą należy wywalczyć. W Powstaniu Listopadowym pojawiał się wspólnie z Pogonią, a w Styczniowym z Pogonią i Michałem Archaniołem symbolizującym ziemie ruskie jako część składową historycznej Polski.

W polskich ruchach narodowowyzwoleńczych XIX w. obok haseł niepodległościowych postępowi działacze głosili program reform ustrojowych i społecznych. Korona na głowie Orła kojarzyła się im z monarchią i przywilejami stanów. Dlatego też prezentowali Orła bez korony. Orła bez korony widzimy na Węgrzech w czasie Wiosny Ludów, w legionie Mickiewicza, a także w czasie powstania krakowskiego 1846 r. Pozbawiając Orła korony pozbawiali go równocześnie oznak suwerenności. Orzeł Biały z koroną był jednak nadal popularny. Szczególnie często był eksponowany w biżuterii patriotycznej lat 60. XIX w.

W latach pierwszej wojny światowej funkcjonowały oba wizerunki Orła. W Związku Strzeleckim i w Legionach przyjęto Orła według wzoru z 1831 r. jednak bez korony. Było to wyrazem socjalistycznych poglądów twórców tych organizacji. Przeważał jednak Orzeł w koronie przedstawiany w różnych nieujednoliconych postaciach. W 1918 r. odrodzona Rzeczpospolita Polska przyjęła za herb Orła Białego w koronie. 1. VIII. 1919 r. Sejm zatwierdził oficjalny wzór herbu: klasycyzujący i spokojny w swoim wyrazie Orzeł z koroną zamkniętą wieńczoną krzyżem. W 1927 r. zastąpił go bardziej sugestywny w wyrazie, lecz eklektyczny w formie Orzeł według projektu prof. Zygmunta Kamińskiego. Gwałtowną dyskusję budziły wtedy gotycka, otwarta korona bez krzyża. Uważano, że Orzeł został celowo zeświecczony.

W czasie drugiej wojny światowej Orzeł Biały dzielił losy Polski i tak jak ona dostał się do niewoli. Znowu stał się symbolem walki zbrojnej o niepodległość - podziemnej i wojska polskiego organizowanego na obczyźnie. W szeregach Gwardii Ludowej i Armii Ludowej odżyły klasowe tradycje orła bez korony. 1. Dywizja im. Tadeusz Kościuszki przyjęła ahistoryczny wzór orła wojskowego bez korony, według orła na XIX-wiecznym nagrobku książąt piastowskich w katedrze Płockiej. W Polsce Ludowej obowiązywał herb z wizerunkiem Orła Białego oczywiście bez korony. Ogłoszony w 1947 r. konkurs na nowy wizerunek herbu państwowego nie przyniósł rezultatu. Dekretem z 1955 r. o godle, barwach i hymnie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wprowadzono urzędowy wizerunek herbu w zasadzie zgodny z tym z 1927 r. pozbawionego jednak korony. Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na obczyźnie, posługujący się nadal herbem z 1927 r. zmienił nieznacznie jego wizerunek zamykając koronę pałąkiem i wieńcząc ją krzyżem. Mimo funkcjonowania w publicznym obiegu pozbawionego korony Orła pamięć w społeczeństwie o ukoronowanym wciąż była żywa. Znalazła ona wyraz w czasie strajków sierpniowych i 16. miesięcy legalnego działania Solidarności i później przez 8. lat jej działania w ukryciu. Ukoronowanym Orłem posługiwały się także inne organizacje opozycyjne.

Uznając argumenty, że należy przywrócić koronę temu Orłu, któremu ją zabrano i który utrwalił się w świadomości żyjących pokoleń Polaków w kraju i za granicą, zaproponowano uznać za herb państwa wizerunek Orła Białego w koronie otwartej według wzoru prof. Kamińskiego z niewielkimi zmianami. Dotyczyły one kształtu tarczy herbowej i złotej otoczki wokół niej oraz pięciolistnego zwieńczenie przepaski na skrzydłach Orła. Taki wzór herbu przyjął Sejm 9 lutego 1990 r.

Ponad siedem wieków Orła Białego ujawnia fenomen tego symbolu. Wyraża się on przede wszystkim w długim trwaniu, stałej obecności w dziejach państwa i narodu polskiego. Niewiele jest państw, które zdołały przenieść i dochować swój herb naczelny przez tak wiele stuleci. Związał się on ściśle z walkami kilku pokoleń Polaków o wolność. Jako herb państwa odżywał po latach niewoli. Uszczerbiany przez swoich, odzyskał koronę, przyrodzoną mu oznakę dostojeństwa i godności.

Dr Mariusz Tracz
BIEG NIEPODLEGŁOŚCI